[ Pobierz całość w formacie PDF ]

– Nie od początku. Urodziłem się w Republice Południowej Afryki. Ojciec był lekarzem
okrętowym i rzadko bywał w domu, ale kiedy skończyłem osiem lat, rodzice uznali, że
najwyższy czas pomyśleć o przyszłości swego jedynego syna. Wtedy przenieśli się do Sussex,
gdzie ojciec został wiejskim lekarzem, a potem do Edynburga, gdzie studiowałem na tej
samej uczelni, co niegdyś on. I tam w końcu zamieszkaliśmy na stałe.
– Jak rozumiem, to po nim tak nosi cię po świecie?
– O, tak. Nie mogłem się doczekać wyjazdu z Anglii. Po uzyskaniu dyplomu przez pięć
lat pracowałem w szpitalu w Kenii. Potem przez jakiś czas byłem lekarzem okrętowym, ale to
mi nie bardzo odpowiadało, więc zjawiłem się ponownie w Paryżu, żeby pracować dla
„Medicins Sans Frontieres”, skąd za pośrednictwem Organizacji Narodów Zjednoczonych
wyjechałem do stolicy Bośni, Sarajewa. Mimo to, mając trzydzieści pięć lat, mam wciąż
uczucie niedosytu. – Uśmiechnął się. – No, może teraz trochę mniejsze, skoro mam przed
sobą nowe perspektywy.
– Jesteś pewny, że to jest naprawdę nie ocenzurowana wersja? – spytała z udawaną
powagą.
Roześmiał się rozbrajająco.
– No cóż, w każdym razie początek tej wersji.
Tego wieczoru zasypiała z nadzieją, że mimo tak wysokiego stanowiska w hierarchii
szpitala Peter nie zmieni się. Ale nigdy nie wiadomo.
W tydzień po rozpoczęciu pracy przedstawił personelowi szpitala swoje plany. Po jego
prawej stronie siedziała panna Menzies, po lewej pozostali lekarze, a on sam ze swadą
opisywał proponowaną innowację: utworzenie zespołu składającego się zarówno z personelu
medycznego, jak i pacjentów. Zespół taki nadzorowany byłby przez niego, i może dwóch
innych lekarzy, a wspomagany przez doświadczone pielęgniarki, które wspierałyby to nowe
przedsięwzięcie.
– Moim celem – mówił z entuzjazmem – jest całościowa opieka nad pacjentami,
uwzględniająca ich indywidualną sytuację życiową. Dla zwiększenia wzajemnego zaufania
korzystne jest, żeby pacjenci, a szczególnie dzieci, mieli w jakimś sensie osobistego lekarza i
pielęgniarkę. Na razie nie ma jeszcze reguł i będziemy stosować metodę prób i błędów, ale
wykształcą się one pod wpływem doświadczenia. – Uśmiechnął się. – Muszę jednak
podkreślić, że idea współpracy z pacjentami musi być decydująca. Panna Menzies zgadza się
na to w pełni.
Jest to na razie eksperyment, ale mam nadzieję, że w przyszłości stanie się w Lodge
regułą.
Problemy i wątpliwości będziemy omawiać na cotygodniowych zebraniach zespołu, po
ustaleniu jego składu. Pozostali członkowie personelu będą na nich mile widziani. Tam się
dokładnie dowiedzą, o co nam chodzi...
Wieczorem Laura i Gemma pojechały na kryty basen, a po pływaniu poszły do
znajdującej się na balkonie kawiarenki napić się czegoś ciepłego. Gawędziły o tym i owym,
gdy nagle Gemma spytała:
– Znasz tę dwunastolatkę z Pierwiosnka, która wygląda na osiem lat?
– Tak, biedne dziecko. Mam nadzieję, że będzie to pierwsza pacjentka Petera, o ile będzie
w stanie przejść różne badania. Przepraszam, co chciałaś mi o niej powiedzieć?
– Yasmin, wiesz, ta rozwinięta ponad swój wiek szesnastolatka, która jest z nią razem na
oddziale, powiedziała mi, że Nadja prawie z nią teraz nie rozmawia, choć są przyjaciółkami
od lat, bo mieszkały po sąsiedzku i chodziły do tej samej szkoły. Jest tym bardzo
zaniepokojona.
– Ma jakieś podejrzenia? Gemma wzruszyła ramionami.
– Chyba żadnych, ale bardzo się tym przejmuje. Zastanawiałam się, czy nie mogłabyś
porozmawiać z Yasmin. Może przed tobą bardziej się otworzy. Można się z nią porozumieć
po angielsku.
– Oczywiście, ale nie sądzisz, że Nadja jest po prostu dzieckiem? To znaczy, uraz
psychiczny z powodu śmierci rodziców i konieczności opuszczenia kraju nawet dorosłego
mógłby doprowadzić do zamknięcia się w sobie.
– Może rzeczywiście powinnyśmy poczekać jeszcze trochę, jakiś tydzień, zanim coś
zrobimy. Byłoby lepiej, gdyby mogła porozmawiać z kimś, komu ufa. – Gemma zacisnęła
usta. – Chociaż często łatwiej jest mówić o pewnych sprawach z obcym. Na przykład o stracie
rodziców, których, zdaniem Yasmin, Nadja uwielbiała.
– To prawda – przyznała po namyśle Laura. – Miejmy nadzieję, że zacznie mówić za
dzień czy dwa. Nigdy nie wiadomo. – Ze smutkiem pokręciła głową. – Choć jeśli nawet, to i
tak czekają teraz potwornie trudne życie.
Wypiły kawę, wzięły swoje sportowe torby i ruszyły do wyjścia. Laura nadal myślała o
Nadji, kiedy usłyszała okrzyk Gemmy:
– O! Patrz! Czy to nie Peter Wentworth szykuje się do skoku?
Laura spojrzała na słupek nad basenem i stojącego na nim wysokiego mężczyznę.
Istotnie, był to Peter. Lekko skoczył do wody i – wynurzywszy się prawie w połowie basenu
– leniwym, ale doskonałym kraulem posuwał się szybko naprzód. Nie mogła oderwać od
niego oczu, jednak w końcu przypomniała sobie o stojącej przy niej Gemmie.
– Tak. – Starała się mówić chłodno. – Dobrze pływa. Gemma roześmiała się.
– Dobrze skacze. Ciekawe, co jeszcze potrafi?
W następnym tygodniu Peter Wentworth i panna Menzies ustalili skład zespołu. Na liście
znalazło się dwoje lekarzy: doktor Lomax i Joan Barnard, dwóch stażystów: William
Ferguson i nowo przybyły John McPherson, oraz kilka pielęgniarek, a wśród nich Laura i
Gemma. W deszczowe popołudnie Peter mówił do nich: [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jagu93.xlx.pl
  •